Nie da się zapomnieć Twojego życia...

Nie da się zapomnieć Twojego życia...!!! Niczym Anioł pojawiłaś się w moim życiu. Miałaś wówczas 9 miesięcy, spędzonych przy boku swej biologicznej matki, kobiety na życiowym wówczas zakręcie. Pojawiłaś się kruszynko taka maleńka... Oczęta zbiegały Ci się u noska, by zaraz potem figlarnie strzelić ku uszom.... Maleńkiej główki nie zdobił prawie żaden włos, a już kilka lat później zazdrościłam Ci warkocza grubości mej ręki. Z rozczuleniem wspominam Twoje pierwsze kroki i dziecięce "siamasiam" (przepraszam) i "posiłaki" (kosi-łapki).
Ten blog to miejsce Twoje i moje. Miejsce pamięci o Tobie i miejsce oswajania śmierci i żałoby. To także miejsce mojej walki z izolacją żałobnika i jego samotnością wśród ludzi. Miejsce, w którym uczę się żyć na nowo..., inaczej, bo BEZ CIEBIE.

piątek, 9 grudnia 2011

2011.10.29 - Śmierć ptaka...


Śmierć ptaka
Jeremi Przybora

Śmierć ptaka to jest
mała śmierć
śmierć ptaka to jest
śmierci część
śmierć ptaka to jest
dla człowieka
mała śmierć
śmierci ćwierć
dziesięć deka.

Śmierć ptaka to jest
koci skok
śmierć ptaka to jest
strzał i mrok
śmierć ptaka to jest
żal niewielki
kres bez łez
oczy – dwie
snu kropelki.

Dla ptaka to lot
w jądro chmur
dla ptaka to lot
martwych piór
dla ptaka to lot
w którym nie ma
ani drzew
ani rzek
ani nieba
nie ma nic

Śmierć ptaka to jest
kropla krwi
bardzo podobna do twej
kropli krwi
bardzo podobna do twej
otchłań taka
ten sam próg
bramy trwóg
więc nie lekceważ
śmierci ptaka.
Nie lekceważ.



2011.10.29 – Kiedy umiera dziecko....

Kilka dni temu natknęłam się na artykuł Magdaleny Rams pod tytułem „Kiedy umiera dziecko ...” (czasopismo „Psychologia i Rzeczywistość”, nr 3/2003). Rozpoczyna się on wierszem:

Gdy coś zbliża się nieuchronnie,
Nie chcemy o tym wiedzieć,
To nie ma prawa być nieuniknione,
Nie tak.
Nie teraz.
Nie w ten sposób.
Pojawia się zbyt wcześnie i zbyt nieoczekiwanie.
To, co nieuchronne
Jest potwornie przedwczesne.
Powinno przyjść dopiero później.
Jutro. Za rok. Za sto lat.
Gerhard Zwerenz – „Miłość w Szwecji

Nie będę silić się na składne kompilowanie treści opracowania, przytoczę natomiast te fragmenty, które mnie poruszyły:
***
 „(...) Jeszcze niedawno śmierć traktowana była jako nieodłączny element cyklu życia. Większość ludzi umierała w domu, otoczona rodziną i przyjaciółmi. Dzieci były świadkami procesu umierania, uczestniczyły w pochówku i obrządkach pogrzebowych. Dziś wiele naszych wysiłków, aby przedłużyć życie i zminimalizować ból po stracie bliskich, prowadzi do emocjonalnego zaburzenia ludzi. Nasze cierpienie pozostaje nie spełnione.
Ponad 60% procent z nas umiera w instytucjach, takich jak szpitale i domy starców. Wraz z postępem medycyny i heroicznymi przedsięwzięciami mającymi na celu przedłużenie życia, umierającego człowieka pośpiesznie transportuje się do najbliższego szpitala i przekazuje w obce ręce, aby poddać go akcji pobudzenia serca, podłączyć do monitora, nakłuwać, ostukiwać, opukiwać budzącymi strach przyrządami – podczas gdy on umiera. Śmierć postrzegana jest jako wróg, którego trzeba za wszelką cenę pokonać, a nie jako coś, co jest naturalne i nieuniknione. Po śmierci ciało zostaje zabrane do kostnicy lub do domu pogrzebowego, gdzie obcy balsamują je, ubierają, perfumują i upiększają kosmetykami, aby stworzyć iluzję życia.
Niegdyś ludzie umierali w domach, w których przeżyli większość życia. Często byli świadomi tego, że umierają, chyba, że śmierć spowodowana była wypadkiem lub nagłą chorobą. Umierający człowiek miał szansę na ostateczne przerwanie swoich emocjonalnych więzi z życiem w znajomym mu otoczeniu. Podczas ostatnich chwil otaczali go czuwający członkowie rodziny i przyjaciele, aby go pożegnać na zawsze.
Po śmierci człowieka członkowie jego rodziny zajmowali się pogrzebem. Kobiety myły i ubierały ciało, podczas gdy mężczyźni zbijali trumnę i kopali grób. Była to wspaniała sposobność, aby oddać ostatnią posługę temu, który odszedł, i pogodzić się z kresem jego istnienia – pożegnać go z szacunkiem i miłością.
Ciało było często chowane na terenie gospodarstwa, gdzie ci, co pozostali, zwykli traktować osobę zmarłą jako część środowiska, w którym żyli. Przez kilka pierwszych dni po pogrzebie przyjaciele i sąsiedzi przynosili żałobnikom jedzenie i ofiarowywali wsparcie. W dawnych zbiorowościach wiejskich śmierć i żałoba były udziałem wszystkich członków rodziny. Kontakt z umierającym pomagał im postrzegać śmierć nie jako zjawisko obce i potworne, ale jako nieodłączną fazę naturalnego cyklu. Nasze szczątkowe i spłycone obrzędy żałobne i pogrzebowe spowodowały, że kontakt ten został utracony. W miarę jak ludzie zaczęli przenosić się ze wsi do miasta w celu podjęcia pracy, negacja śmierci stała się kulturowym zjawiskiem naszej cywilizacji.
Medycyna, uważając śmierć za wielkie niepowodzenie, zwielokrotniła wysiłki, aby pokonać tego wroga za pomocą coraz bardziej wyszukanej technologii. W szpitalu śmierć, która zawisła nad człowiekiem, spotkała się z zaprzeczeniem najpierw ze strony personelu medycznego, następnie ze strony rodziny. Umierającemu człowiekowi śmierć zaczęła jawić się jako przeciwnik, któremu trzeba stawić opór. Ta walka o życie, gdy wszystkie moce sprzysięgły się przeciwko niemu, zawsze była ostatnią, straconą bitwą i kończyła się klęską ostateczną.
Uległy zmianie zasady porozumiewania się między umierającym a rodziną. Prawda zmieniła swoje oblicze. W proces umierania wkradły się kłamstwa. Zaczęli kłamać lekarze, pielęgniarki, członkowie rodziny i w końcu zaczął kłamać konający człowiek. Temat stał się tabu, owiany tajemnicą, zakryty welonem obłudy. Wszyscy zaczęli udawać, że śmierć jest czymś nierzeczywistym, złudzeniem. Krewni zaniechali nocnych czuwań przy łożu chorego, przychodząc i odchodząc zgodnie z godzinami wizyt wyznaczonymi przez szpital. Jednak wielu z nas obawia się samotnej śmierci, wśród obcych, gdzie nie są otoczeni troską i miłością najbliższych.
Z faktu, iż śmierć traktowana jest w naszej kulturze jako temat tabu, wynikają dalekosiężne skutki, zarówno dla umierających, jak i dla tych, co pozostają. Tym, którzy dobiegają kresu swojej wędrówki, rozmyślnie odmawia się emocjonalnego oczyszczenia, zrzucenia z siebie ciężaru niedomówień przez powiedzenie słowa „żegnaj”, prośby o przebaczenie lub udzielenie go innym, przez uznanie krzywd wyrządzonych w trakcie życia. Jest niesłychanie trudno spełnić to zadanie, jeśli ci, z którymi chcesz odbyć rozmowę, na twoje wysiłki odpowiadają wymijająco: „No jeszcze przecież nie umierasz” lub „Nie chce słyszeć słowa więcej”.
Negacja śmierci może wydać się dobrym sposobem na złagodzenie własnego cierpienia, ale w rzeczywistości odnosi skutek wręcz odwrotny. Negując śmierć, zaprzeczamy tym samym naturalnemu cyklowi, w którym jest ona nieuchronnym następstwem życia. Nikomu nie udało się uniknąć śmierci. Życie jest dla nas kopalnią najrozmaitszych doświadczeń. Są dobre czasy i są złe. Czas smutku, rozczarowań, frustracji i żalu oraz czas radości, miłości i szczęścia. Śmierć jest dla nas kolejnym i ostatnim doświadczeniem. Większość z nas goni za szczęściem, unikając bolesnych i niepożądanych emocji. Żyjemy w świecie mglistych mitów, głoszących, że szczęście jest jedynym możliwym do przyjęcia stanem bytu.
„...stało się moralnym i społecznym obowiązkiem przyczyniać się do zbiorowego poczucia szczęścia, unikając wszystkiego, co mogłoby wywołać uczucie smutku lub znużenia, stwarzając pozory radości nawet wtedy, gdy jest się w otchłani rozpaczy” (francuski filozof Filip Aries). Nikt nie jest szczęśliwy przez całe życie. To właśnie te bolesne doznania powodują, że rozwijamy się, stajemy się wrażliwsi, współczujemy i okazujemy troskę tym, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji, głębiej wnikamy w system wartości i swoje emocje. Choroba i śmierć nie należą do wydarzeń szczęśliwych, a ponieważ tak bardzo kontrastują z naszą irracjonalną pogonią za szczęściem, szukamy ich zaprzeczenia, tak w sobie, jak i w innych (...) ”

***
Czytając ten artykuł wspomniałam swoje „dwie śmierci” opisane w poście „2011.10.28  - Tabu...” (http://joannainmemoriam.blogspot.com/2011/12/20111028-tabu.html). Wraz z ostatnią kropką postawioną w artykule przez autorkę nabrałam przekonania, że nowa jakość życia narzucona przez postęp cywilizacyjny dokonała gwałtu na sumieniu ludzkości. Brutalnie i bezlitośnie odcięła nam dostęp do swobodnego wyrażania niepokojących nas uczuć. Odmówiła też osobie umierającej prawa do zakończenia spraw ziemskich ze szczerością i w poczuciu rzeczywistości.

Nieumiejętność odnalezienia się w sytuacji obcowania ze śmiercią pozbawia nas tak naprawdę istoty naszego człowieczeństwa. Czy możemy odwrócić ten stan? Myślę, że tak! Po prostu rozmawiajmy o śmierci i bądźmy jej świadkami. Przestaniemy wówczas doświadczać jej niesamowitego ubóstwa wynikającego z faktu, że miejscem na śmierć stał się szpital czy hospicjum. Tylko w taki sposób możemy przywrócić śmierci jej naturalność i godność.

czwartek, 8 grudnia 2011

2011.10.28 - Tabu....

Opis zgonu Jakuba Boehme* w nocy z 16 na 17 XI 1624 roku:


Wokół łoża, gdzie spoczywał dręczony życiowymi troskami i schorowany Boehme, zebrali się domownicy. Obecna była tylko żona oraz synowie Tobiasz i najmłodszy Eliasz. Nie wiadomo, gdzie znajdowali się wtedy jego synowie Jakub i Michał. Wieczorem Boehme spytał Tobiasza, czy on również słyszy piękny śpiew aniołów. Gdy ten zaprzeczył, Boehme nakazał otworzyć szeroko wszystkie drzwi, aby każdy mógł zachwycać się tą wspaniałą muzyką. Później spytał o godzinę. Gdy dowiedział się, że jest druga, odrzekł, że to jeszcze nie jest jego czas. A gdy po całonocnym czuwaniu powiedziano mu, że nadeszła szósta rano, po pożegnaniu z żoną i synami, przeżegnał się i powiedział: „A teraz odchodzę do raju!”

* Jacob Böhme (1575 – 1624) – czwarte dziecko zamożnej rodziny chłopskiej ze Starego Zawidowa k/ Zgorzelca. Był mistrzem szewskim w Görlitz nie mającym prawie żadnego wykształcenia (całe jego wykształcenie stanowiły cztery lata szkółki wiejskiej). Czytał na własną rękę Biblię, Paracelsusa oraz mistykę kabalistyczną i z tego powodu nazywano go fanatycznym szewcem. Późniejszy mieszczanin zgorzelecki był wizjonerem, mistykiem i pierwszym filozofem piszącym po niemiecku, a nie po łacinie. Jeden z ważniejszych teologów okresu Reformacji, który źródłem swych pism uczynił własne wizje rzeczywistości duchowej. Uważany jest za ojca nowoczesnego gnostycyzmu.

Tabu...

Pierwsza śmierć, z którą spotkałam się w życiu, dotyczyła zupełnie obcej mi osoby. Było to podczas lata, które spędzałam u rodziny na wsi. Wieś jest mała, więzy pomiędzy mieszkańcami są szczególne, jakby rodzinne. Miałam wówczas 7 lat. Umarł ktoś bliski ze znajomych moich krewnych. Był późny wieczór, wszyscy poszliśmy na nocne czuwanie przy zmarłym. Wcale nie byłam przestraszona, raczej, za sprawą cioci, zakłopotana, że nie mam stosownego ubrania. Ponieważ był wieczór, a droga przed nami dość daleka dostałam w rękę dużą, ba, dla mnie wówczas ogrooomną, świecę. Od tego momentu atmosfera dla mnie dziecka, stała się niezwykle podniosła i uroczysta. Długa droga, mrok, światło i ciepło świecy sprawiły, że z każdym krokiem moja ciekawość i fascynacja wzrastały. Kiedy dotarliśmy do domu nieboszczyka (a może nieboszczki, nie pamiętam już dzisiaj, kto to był) zdumiałam się tłumem ludzi. Zmarły leżał w łóżku na środku pokoju, z którego wyniesiono wszystkie sprzęty. Wokół paliło się mnóstwo świec, sam zmarły miał gromnicę w dłoniach. Ludzie raz to modlili się, raz rozmawiali o zmarłym, podchodzili do niego, dotykali, coś do niego mówili. Co jakiś czas wszyscy śpiewali stosowne do okoliczności pieśni nabożne. I choć po kilku powtórzeniach sama z upodobaniem już śpiewałam „Dobry Jezu, a nasz Panie..” , to  zdumiewałam się pieśniami tymi bardziej „lekkimi”, nie kościelnymi. Niewiele z tego wszystkiego rozumiałam, ale czułam, jak ten rytuał mnie wciąga. Zaczynałam odczuwać więź z obecnymi w domu zmarłego ludźmi.... I trochę żałowałam, że następne dwa dni czuwania zostały mi, dziecku, odpuszczone.

Druga śmierć związana jest z umieraniem mojej babci. Miałam 10 lat. Późnym popołudniem mama zawołała mnie i siostrę, bawiące się wówczas na podwórku „Chodźcie, szybko! Idziemy do babci!”. Nie było wyjaśnień, nie było rytuałów, po drodze tylko kilka słów o sytuacji i pouczenie, jak mamy się zachowywać. Mamy być cicho i mamy być grzeczne! Nie dopuszczono nas, dziewczynek, do łoża umierającej babci. W malutkim pokoiku, za amfiladą kamienicznych pokoi, zgromadzeni byli tylko dorośli. Nam nakazano uklęknąć w innym, odległym pokoju i tak długo modlić się, aż po nas przyjdą. Od klęczenia bolały nas kolana, co jakiś czas więc wstawałyśmy. Robiłyśmy to z obawą, by nas nie przyłapano na tym, że nie klęczymy i nie modlimy się za duszę babci. W tym strachu za „niegrzeczne” zachowanie, z potwornym bólem kolan, przetrwałyśmy z siostrą około 2 godzin. Nadal nie rozumiałam śmierci, ale teraz byłam wyraźnie zła, bo umieranie kojarzyło mi się z bólem zadawanym mnie samej. Było więc czymś bardzo nie w porządku wobec mnie.

...... Dwa zupełnie odmienne aspekty umierania. Jakże różne dwie śmierci! Jedna łącząca i jakby ducha przyjaznego zostawiająca...., druga zaś wstydliwa, nieprzyjazna i bojaźnią onieśmielająca. Dzieliło je zaledwie kilka lat, ale także przepaść między kulturą mieszczańską i wiejską. Nas, „miastowych”, od dziecka uczono nie przeżywać straty, nie zatrzymywać się nad nią, szybko wracać do normalnego życia, a przede wszystkim nie zaprzątać tym głowy innym ludziom. Dorośli zabawiali nas, dzieci, odwracali uwagę, przekonywali swoim zachowaniem, że nic takiego się nie stało, że można nad tym przejść do porządku dziennego. Obowiązywały też ogólne reguły powściągliwości: nie wolno się mazać, beczeć, być mięczakiem. Należało szybko się otrząsnąć i dzielnie zabrać do dalszego życia. Żałoba była jak krótki wypad z taśmociągu. Dziś wiem, z perspektywy przeżytych lat, pracy zawodowej i traum doznanych z powodu różnych strat, jak bardzo takie podejście okalecza. I ciało i psychikę.
Czasy nam współczesne, w których pełno jest przemocy, rozlewu krwi, aborcji, eutanazji i cierpienia, określa się jako „cywilizację śmierci”. Mimo tego, człowiek współczesny nie przywykł do niej. W kulturze, w której młodość, piękno i witalność ceni się ponad wszystko, nie dopuszcza się myśli o starości i przemijaniu. Walczy się ze śmiercią i przeciwstawia się jej na różne sposoby. Ale tak naprawdę śmierć jest wygnana z naszego myślenia. Jest tematem tabu.

2011.10.28 – O bólu...

Niobe – Andrzej Troc

O bólu....
ks. Jan Twardowski

W co się ból może zmienić
w gniew
tupanie nogą
w otwartą książkę zamkniętą powoli
w modlitwę
płacz prywatny bo wprost do poduszki
list pisany pięć razy bez związku od rzeczy
milczenie przy stole
chodzenie tam i nazad dookoła prawdy
dotknięcie ust samotnych łyżeczką herbaty
w to co niemożliwe – jeszcze nie ostatnie
w tę samą znowu miłość
kończącą się długo
pozwól więc Matko
niech dalej boli